Pogubiłam się w życiu. Polubiłam się w wyznawanych wartościach. Jestem zmęczona i zła na cały świat. Jednocześnie pomimo, ze wszystkich odtrącam czuje samotność. Czuję się samotna, gdy M. wybiera wieczór z kolegami zamiast z nami, gdy zamiast porozmawiać bawi się telefonem, gdy odwraca się plecami, jesli zdarzy się, ze śpimy w jednym łóżku. Czuję, że coś się skończyło, że jestem jedynie jak mebel, ktory mozna zostawić i iść na melanż z kumplami, śmiejąc się, jak się oszukało głupią K. Sama już nie wiem, czy chce mi się cokolwiek naprawiać, starać się, walczyć. Za dużo we mnie złości i pretensji o to, że nie było go wtedy, jak powinnien być. O wszystkie kłamstwa i oszustwa, o słowa, że się mna brzydzi, że nic nie robię, kiedy wkoło posprzatane, dziecko zaopiekowane u obiad na stole. Wydaje mi się, że człowiek jest w stanie bardzo dużo znieść, jesli kocha. A ja przez bezsenne noce doszłam do wniosków, ze przy nim nigdy nie było motyli w brzuchu, oczekiwania na spotkanie...nie było nic. I teraz po 8 latach duszę się w rym związku, małżeństwie. Zdana sama na siebie wykonuje obowiązki dwojga rodziców. Przykre i smutne, ale sama do tego doprowadziłam bojąc się samotnosci. Chociaż iteraz i tak paradoksalnie jestem samotna, jak jeszcze nigdy nie byłam.